Świat wciągnięty w Bożą orbitę

Z ks. prof. Jerzym Szymikiem, kapłanem Archidiecezji Katowickiej, teologiem i poetą rozmawia o. Piotr Hensel OCD

Księże Profesorze, w tym roku w naszym dwumiesięczniku pochylamy się nad tajemnicą Modlitwy Pańskiej. Tej modlitwy, którą znamy już od dzieciństwa, spontanicznie zatem nasuwa się pytanie o początki modlitwy w Księdza życiu.

W moim domu rodzinnym modlitwa była czymś tak naturalnym jak powietrze. To jest bezcenna dla mojego życia sprawa, absolutnie bezcenna. Zawdzięczam ją moim rodzicom, ale też i babci (mamie taty) i dziadkowi (tacie mamy), a zapewne i dalszym przodkom. Babcia Matylda, z którą mieszkaliśmy, o te sprawy bardzo dbała. Moja wiara i modlitwa z tego się rodziły, przy nich, z nich. Modlitwa nie była tam nigdy jakimś narzędziem opresji, nikt do niej nie zmuszał. Bóg jest, więc się z Nim rozmawia, prosi, dziękuje – dziś rozumiem, jak wielka to była i jest łaska.

Łaską zapewne było również wzrastanie w cieniu sanktuarium Matki Bożej Uśmiechniętej w Pszowie?

Tak, mój dom rodzinny jest oddalony 200 metrów od Bazyliki. Błogosławione miejsce – ochrzczona ziemia. Jasne, że jesteśmy wszyscy grzesznikami. I moi ziomkowie, i ja, i moja rodzina również – wszyscy żyjemy z miłosierdzia Bożego. Ale istnieje jakieś promieniowanie dobra, historycznie i geograficznie; chrześcijaństwo jest religią Wcielenia.

„Święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje” – to pierwsze wezwanie spośród próśb Modlitwy Pańskiej, dlaczego akurat to wezwanie znajduje się na początku, jak je rozumieć?

Podobnie jak w przypadku wstępu do Dekalogu, podobnie na początku Modlitwy Pańskiej chodzi o sprawę absolutnie zasadniczą – o pierwszeństwo Boga. O prymat Boga, który jest fundamentem wszystkiego i w każdym wymiarze: ontycznym, religijnym, moralnym. Na pierwszeństwie Boga wszystko się opiera. I tego właśnie, w moim najgłębszym przekonaniu, dotyczy ta prośba: by Bóg był pierwszy w moim/naszym życiu, żeby On był początkiem i kresem, Alfą i Omegą wszystkiego. Nie ma ważniejszej sprawy w ludzkim życiu jak ta właśnie: żeby chodziło w nim o Boga. Gdybym miał najprościej wyrazić treść tej prośby, powiedziałbym: „spraw Boże, by w moim życiu zawsze chodziło o Ciebie”.

Niewątpliwie ta prośba stawia nas wobec tajemnicy Boga, wobec Tego co nienazwane, co nas przekracza, nie jest łatwo zmagać się z takim wyzwaniem. Walka Jakuba z Bogiem jest chyba doskonałym odzwierciedleniem naszych problemów, naszych pytań o Imię Boga? Jak dziś zmagać się o Imię Boże?

Gdybym miał moją odpowiedź sprowadzić do istoty, to byłaby ona radą, której ostrze kieruję zresztą znacznie bardziej do siebie niż innych: wytrwać wobec tajemnicy Boga w różnych formach prostej, życiowej cierpliwości. Rozumieć, że życie wiary, a i w ogóle egzystencja człowieka polega na tym, by nie próbować nią zawładnąć, rozszyfrować na siłę, wedrzeć się „do środka” tajemnicy, za zasłonę. Ale też nie wolno na nią z rezygnacją machnąć ręką, bo za trudna, czy uciekać – w banał, konsumpcję, „wegetację”, będącą czymś w rodzaju zbyt łatwej zgody na nieodgadnioność życia. Wytrwać na brzegu tajemnicy, w pokornym dystansie wobec jej półmroku, gotowym na cierpienie związane z tym, że Bóg jest Niepojęty. Myślę, że to jest godne ludzkiego życia – o tym zresztą jest Ewangelia. To rada zarówno dla wierzących, jak i dla niewierzących, dla poszukujących, agnostyków; dla mistyków i dla nas wszystkich grzeszników. Cudowna sprawa, móc być blisko tajemnicy, niejako „obejmować jej nogi” i wytrwać w tej cierpliwości, w pewnym rodzaju męstwa, skromności.

Jakub wychodzi z tego tajemniczego spotkania naznaczony w bardzo konkretny sposób…

Jakub jest świetnym – biblijnie, egzystencjalnie – przykładem człowieka, który zmaga się z tajemnicą Boga, walczy o poznanie świętego Imienia Boga. Czyli o „święć się Imię Twoje” To jest przykład życia zaangażowanego w tę Sprawę. Nie jest to człowiek, dla którego tajemnica Boga jest sprawą obojętną, który żyje czymś innym a w końcu jest też religijny… Scena walki nad potokiem Jabbok jest oczywiście większa niż nasza rozmowa, niż my, niż nasze ludzkie pojmowanie. Ona jest pełna tak światła, jak i mroku zarazem. Przerasta nas. Ale jest w niej coś fascynującego. „Nie puszczę Cię, dopóki mi nie pobłogosławisz”… Chcę się Ciebie trzymać, pomimo wszystko, pomimo tego, że kości mojego życia trzeszczą w Twoich rękach…

Jan od Krzyża w prologu do Pieśni duchowej nie pozostawia wątpliwości, że tajemnic miłości pomiędzy Bogiem a człowiekiem nie da się wyrazić „w ścisłych naukowych określeniach, lecz raczej w słowach pełnych alegorii, obrazów i porównań”, które są w stanie nieco wyjawić sekrety i tajemnice duszy. Czy można powiedzieć, że poezja ma swoje powołanie, czy takim stwierdzeniem narazimy się dziś na zarzut prozelityzmu?

Powiem Ojcu szczerze, że niewiele mnie ten zarzut obchodzi. Rozumiem, rzecz jasna, że można przesadzić, że teolog w świecie poezji może „zachowywać się jak słoń w składzie z porcelaną”. Natomiast jest rzeczą absolutnie bezdyskusyjną tak z teologicznego, jak i estetycznego punktu widzenia, że piękno jest bliskim krewnym prawdy. Ktokolwiek twierdzi inaczej, ma z moją wizją sztuki i życia – sztuki życia – niewiele albo nic wspólnego. Autentyczne szukanie dobra w życiu musi iść wspólną ścieżką piękna i prawdy. Jeśli prawda myśli, że sobie poradzi bez piękna, że wystarczą jej suche argumenty – myli się. Nie wystarczy umeblować mózgu. Potrzeba piękna by porwało do prawdy. Jeśli piękno myśli, że sobie poradzi bez prawdy – błądzi. Nie wystarczy ornament przyciągający oko. Piękno jest czymś znacznie głębszym niż ornament, prawda jest głęboko zakorzeniona w estetyce, w pięknie. „Prawdy by nie było, gdyby nie miała blasku”, Wahrheit waere nicht, wenn sie nicht schiene und erschiene – mówi Hegel, który nie jest bohaterem moich bajek, ale ta myśl jest niezwykle mądra i trafnie wyrażona. Prawda jest ontologicznie związana z pięknem, piękno należy do jej istoty, nie jest prawdy nieistotnym dodatkiem. Zresztą Veritatis splendor Jana Pawła II jest dokładnie o tym. Więc szukanie więzi poezji i teologii jest wspieraniem tak poezji, jak teologii. Myślę, że zarzut zawłaszczania poezji przez teologię, prozelityzmu – jest w świetle tej argumentacji słaby, chybiony. Nie ma żadnej rywalizacji między pięknem i prawdą, poezją i teologią. Wszystko to jest z Boga: piękno, prawda, dobro, rozum.

Jesteśmy na Śląsku, gdzie Bóg jest czule nazywany „Ponbóczkiem”… Język gwary wydaje się być daleko od wzniosłej poezji, rodzi często uśmiech na twarzy, oby nie lekceważący… Profesorowie z Rady Języka Polskiego PAN kiedyś protestowali przeciwko Biblii Ślązoka. Czy słusznie?

Moje stanowisko jest pośrednie. Jedna skrajność to twierdzenie, że gwara nie ma czego szukać w sferze religijnej. Zgadzam sie z tym tylko częściowo, o tyle, że nie wyobrażam sobie dziś największych tekstów biblijnych czy liturgicznych w gwarze. Coś takiego stało się z gwarą albo też jej to raczej zrobiono, że ona nie dźwignie największych treści biblijno-liturgicznych, na przykład wzbudzi uśmiech nie w tym momencie co trzeba itd. Natomiast gwara ma swoją ogromną rolę w procesie ewangelizacji, w przekazie wartości. Ona należy integralnie do wielkiej przestrzeni słowa, tak bardzo przecież uprzywilejowanej przez chrześcijaństwo: „Na początku było Słowo…”. Wiem z doświadczenia, że śląski zwrot nazywający jakąś rzeczywistość egzystencjalną czy duchową wpleciony w kazanie, wykorzystany na katechezie, w nauce po spowiedzi buduje pewien rodzaj intymnej więzi między odbiorcą a nadawcą, mówiąc uczenie: wspiera hermeneutykę teologiczną. Gwara ma tu ogromne znaczenie: ten rodzaj intymności i więzi jest nie do zbudowania bez niej. Oczywiście, trzeba to robić mądrze, nie można tego robić w taki na przykład sposób, że straci się słuchacza spoza Śląska, że się go „wyłączy” jakimś takim niedobrym „ekskluzywizmem regionalnym”. Chrystus i Kościół są dla każdego. Moje stanowisko zatem jest więc takie: gwara w religii – jak najbardziej. Ale roztropnie. I tu, jak wszędzie, chodzi pierwszorzędnie o Boga (a nie o gwarę, czy o to, żeby „nasze” było na wierzchu).

Ksiądz Profesor powiedział, że gwara należycie użyta może zrodzić pewną nić intymności, porozumienia. Zapewne dlatego, że ludzie wiedzą, jaka postawa, treść, czyn za tym słowem się kryją. W uświęcaniu Imienia Bożego chyba też o to chodzi – nie tylko słowa, ale i czyny.

Oczywiście. W największej z ludzkich spraw – sprawie prymatu Boga – chodzi o życie, o ludzkie życie. Chrześcijaństwo jest religią tak głęboko zrośniętą ze słowem, przekonaną o sprawczej sile słowa, że nie godzi się na rozłączanie sprawy słowa i sprawy życia. Tu nie tylko chodzi o tę oczywistość: „nie wystarczy o tym gadać, trzeba to robić”. Chrześcijaństwo jest przekonane, że słowo ma siłę prawdziwie twórczą, że nie jest pustym dźwiękiem, które jedynie „pada” i tyle. Nie: ono prawdziwie tworzy rzeczywistość. Słowo ma z życiem bardzo głęboki związek. To jest też źródłem wiary w siłę modlitwy – jeżeli coś mówię, nazywam wobec Boga, wobec Stwórcy, to już sam ten fakt rzeźbi moje życie, coś nowego tworzy, „stwarza” jakąś od-Boską mocą. Na początku było Logos-Słowo, a Logos-Słowo było u Boga…

Dziś jest wiele głośnych areopagów słowa, ale paradoksalnie jakby ten głos wzdychania, uświęcania Imienia Bożego, pomimo łatwości środków przekazu przycichł, w stosunku do wieków poprzednich, do słów naszych przodków. Pojawia się pytanie, dlaczego?

Wydaje się, że tak jest. Wiele znaków wskazuje na to, że w europejskim kręgu kulturowym ten głos przycichł. Wielokrotnie pytałem w różnych miejscach Europy o przyczyny tego stanu rzeczy. Odpowiedzi jakie otrzymywałem dałoby się sprowadzić do słowa „dobrobyt”… To poważna sprawa: jest więc jakieś dobro, które płynie z cierpienia, z niedostatku, z braku, z tego, że człowiek czuje i wie, że jest niepełny. Mocniej wtedy dochodzi do głosu potrzeba Boga. Nasza struktura życiowa jest tak skażona grzechem, tak naiwna w swej pysze, że jak tylko człowiekowi „idzie troszeczkę lepiej”, to mu się zaraz wydaje, że sobie bez Boga poradzi. Straszna to rzecz, wielka nasza, grzesznych, głupota… Ale widać prawie gołym okiem: wystarczy jak w jakiejś miejscowości otworzą dwa hipermarkety więcej niż u sąsiadów, zrobią jedno rondo i postawią cztery słupy świateł dla pieszych, a ludzie już uważają się za lepszych od swoich sąsiadów i zmieniają im się preferencje wyborcze. A za chwilkę ma to jakiś wpływ na frekwencję na niedzielnej mszy świętej… No, trochę upraszczam i ironizuję, zgoda, ale coś w tym jest, prawda?

Jan Paweł II w liście do Kościoła w Europie użył sformułowania „apostazja człowieka sytego”…

Tak, to jest to. To bolesna informacja i strasznie trudno mi się ją przyswaja. Bo przecież dbamy słusznie o to, by wydłużyć ludzkie życie, pomagamy chorym i to jest par excellence chrześcijańskie, ale jest jakiś błąd, jakiś pozór w tej spójności. I rzeczywiście, jak się prześledzi dziś postoświeceniowo-konsumpcyjno-technokratyczną warstwę europejskiej kultury, to panuje w niej teza: „Kościół jest zawadą na drodze do modernizacji”, przy czym modernizacja jest tu rozumiana jako posiadanie ciepłej wody w kranie, autostrady i niczym nieograniczonej swobody w dziedzinie obyczajowej. O tym jest, na przykład, wiele kart Księgi Wyjścia. Gdy tylko lud miał manny i przepiórek pod dostatkiem, to się odwracał od Boga. Jest coś takiego w naszej skażonej naturze.

A czy w takiej sytuacji niebo nie zaczyna głośniej wołać? Jak odczytywać znaki czasu… Może tam za nami coraz bardziej tęsknią i dopominają się o nas?

Jeśli wierzymy, że Bóg jest i jest Bogiem, czyli Miłością wszystko mogącą, to nie ma żadnych barier dla Nieba, jasne. Nie nam dyktować, co Bóg może i jak chce się wdzierać ze swoją łaską do naszego świata. Oczywiście, Bóg ustalił ciężar i miarę, On jest architektem tego świata i jego praw, ale właśnie dlatego, że jest i jest miłością, dlatego też kocha, działa „aż do tej chwili”, „głośno woła” – do nas, o nas. A może wszystko. Nieustannie nam daje znaki, jest obecny w naszej historii. Ten świat nie jest niedostępny dla Jego łaski i natchnień. Wie Ojciec równie dobrze jak ja, i są to rzeczy ostatecznie nie do opowiedzenia, niewyrażalne, że Bóg wkracza w nasze życie, by tak rzec, naturalnie i pozanaturalnie. Mam w swoim życiu sporo przykładów na to, że Bóg bierze sprawy w swoje ręce, interweniuje, prowadzi, czyni cuda. To świetnie widać, gdy patrzy się (kontemplatywnie) w historię swojego życia: widać Boski ślad, ochronę, charakterystyczną dla Boskiej ręki czułość i jednoznaczność… W tej warstwie nasze życie jest zresztą najciekawsze. Głęboko wierzę i wyraźnie widzę, że Pan Bóg i jego świta, święci i aniołowie – cały czas pracują dla naszego wybawienia. To się dzieje nieustannie i niejako na naszych oczach.

Czyli królestwo Boże już jest, już w nim uczestniczymy. Prosimy „przyjdź królestwo Twoje”, ale to jest rzeczywistość, która już się dzieje i to na naszych oczach i w naszym życiu.

Nic większego się nie stało i nie może stać, jak to, co się wydarzyło we wcieleniu Chrystusa, w Jego męce i zmartwychwstaniu. „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!” Nasz świat został wciągnięty nieodwołalnie w Bożą orbitę – w Jezusie Chrystusie, przez Niego, w Nim. A to, co widzimy, co nas martwi, to są jedynie ostatnie podrygi szatana, apokaliptycznego smoka. To jest nadzieja chrześcijańska, a polega ona na tym, że nadzieja jest prawdą, że chrześcijaństwo mówi prawdę. Móc tej sprawie służyć – to wielka łaska. To jest niezwykłe w powołaniu, którym obdarzył mnie Bóg: móc tej sprawie służyć. Móc spoglądać w oczy ludziom, którym służę jako ksiądz, i powiedzieć: słuchajcie, nie jestem akwizytorem lipnego towaru. Mam dla Was czyste złoto.

Rozmawiał o. Piotr Hensel OCD
Głos Karmelu 2/2012