Miłosierdzie potaniało

Nie zasługuję, by wejść do nieba. Co nie znaczy, że nie mam się tam dobijać, choćby wypełniając odpusty. Muszę tylko pamiętać, że odpust opiera się na darze i łasce, a nie na zasługach i gwarancjach.

Z o. Pawłem Kozackim OP rozmawia Tomasz Ponikł

Wykupuje sobie Ojciec ubezpieczenie na zbawienie?

Nie, bo jest to niemożliwe. A nie mam zwyczaju robić rzeczy absurdalnych.

Absurdalnych? Przecież mamy w Kościele trwającą od tysiąca lat – skracającą dystans do nieba – praktykę odpustów.

Nieszczęściem odpustów jest częste pojmowanie ich jako rzeczywistości handlowo-ubezpieczeniowej. To wynika i z nazewnictwa, i z historycznych przypadków ich nadużywania. Trzeba zatem zaznaczyć, że odpusty dotyczą darowania kary, a nie zbawienia.

Nazewnictwo i praktyka to kwestie zewnętrzne, a wewnątrz mamy metaforę skarbca. Korzystanie z odpustu to sięganie do skarbca zasług Chrystusa i wszystkich świętych.

Określenie „skarbiec” w średniowiecznej teologii nie niosło skojarzeń materialnych. Ta metafora wskazywała na wymiar duchowy. Największym skarbem jest Jezus Chrystus – ten, który dokonuje zbawienia, a co za tym idzie: jest jedynym jego dawcą. Czerpanie ze skarbca to czerpanie z Bożej miłości i odkupienia, które już się dokonało.

I mamy przepis, jak z niego czerpać, opieczętowany gwarancją skuteczności. Praktykowanie odpustów sprawia, że człowiek jest w takim stanie, jak w chwili otrzymania chrztu. Na wypadek śmierci oznacza to autostradę do nieba. Czemu więc przedzierać się okrężnymi drogami?

Przyjmując dar zbawienia od Chrystusa, powierzam się Mu. Chcę zaczerpnąć z Jego łaski, bo ufam w moc Jego zbawienia. Ale nie mogę sobie zapewnić żadnej gwarancji. Mechaniczne wykonywanie czynności odpustowych to ślepy zaułek. Instrumentalne podejście do łaski, na którą otwierają, to kupczenie świętością.

Żeby zaczerpnąć z Bożego skarbca, na miłość trzeba odpowiedzieć miłością. Poza zachowaniem form zewnętrznych rozstrzygające jest nastawienie wewnętrzne. Aby wypełnić odpust zupełny, człowiek musi być nie tylko w stanie łaski uświęcającej, ale wyrzec się wszelkiego przywiązania do grzechu. Nawet lekkiego! Chciałbym znaleźć kogoś takiego. Wiem po sobie, że pewne grzechy mam ochotę popełniać, bo niestety sprawiają mi przyjemność – spokojnie, nie będę się tu spowiadać. Chcę tylko wskazać na trudność skorzystania z odpustu zupełnego: muszę postawić Jezusa jako najwyższą wartość w życiu, oderwać się od grzechów. Nicpoń zachowujący wszelkie formy jest więc na przegranej pozycji, praktykując odpusty nawet co dnia. Nie mówiąc o intencji wykupienia sobie zbawienia.

Ależ niech Ojciec założy dobrą wolę u człowieka podejmującego odpusty.

Nikomu nie odmawiam dobrej woli, pokazuję tylko, o jak wysokich wymaganiach rozmawiamy.

Nie mam w sobie takiej śmiałości, takiej odpowiedzi na Jego miłość, żeby powiedzieć: jestem pewny zbawienia. Mam za to realne doświadczenie własnej grzeszności. Dlatego bardziej liczę na miłosierdzie Chrystusa niż na własne zasługi i niż na skrupulatnie nawet spełniane praktyki. Nie zasługuję, by wejść do nieba. Co wcale nie znaczy, że nie mam się tam dobijać, choćby wypełniając odpusty. Muszę tylko zawsze mieć świadomość, że odpust opiera się na darze i łasce, a nie na zasługach i gwarancjach.

Trzeba pomagać tej łasce, skoro jako chrześcijanom chodzi nam o dążenie do zbawienia.

Kiedy mówisz, że do czegoś dążysz, to w samych tych słowach uwzględniasz fakt, że nigdy nie wiesz, czy to coś osiągniesz. Nikt z nas sam o sobie nie może powiedzieć, że już tu i teraz ma zapewnione zbawienie – to postawa faryzeuszy. Jezus mocno ich piętnuje nie dlatego – jak my to postrzegamy – że byli dwulicowi, tylko za to, że ufność pokładali w swoich działaniach, w wypełnianiu prawa, a nie w Bogu. Bóg nie był dla nich dawcą zbawienia. Jego rolą było danie glejtu na ich świętość. To postawa samowystarczalności, samozbawienia. A przecież zbawienie to święty dar, nie jestem w stanie dojść do niego sam. Nie ogarniam skutków swoich grzechów, więc jak miałbym być w stanie sam je naprawić i odkupić? Jednocześnie wiedząc, że chcę być na wieczność z Bogiem, z całych sił serca, ciała, duszy – do tego dążę. Ale cokolwiek bym zrobił, potrzebuję dopełnienia ze strony Boga.

W XX w. kilku wybitnych teologów, m.in. Karl Rahner, Edward Schillebeckx, Henri de Lubac, wzięli odpusty na warsztat. Ten ostatni pisał, że „byłoby wielkim nieporozumieniem, przeciwnym jego intencjom, gdybyśmy cenili tę modlitwę wyłącznie ze względu na przywiązane do niej odpusty”, ale też „pogardzać odpustami dla samej tylko zasady znaczyłoby dać dowód pełnej pychy samowystarczalności i szkodzić naszej wierze”. Jak sobie radzić z odpustami współcześnie? Nie zajął się nimi Sobór Watykański II. Zajął się za to Paweł VI i w 1967 r. i niejako przywrócił do łask.

Odpusty są już którymś piętrem w rozwoju duchowym. Korzystam z odpustów jako ze środka, który jest mi dany, ale wartości którego – obawiam się – nie jestem w stanie wykorzystać. „Kto dziewięć piątków odprawi jak trzeba, ten będzie zbawiony i pójdzie do nieba”. Czy potrafię je odprawić jak trzeba? Dlatego dopełnienie swoich starań upatruję w Jezusie, który przecież stanowi źródło tej łaski zawartej w odpustach. Autorem mojego zbawienia jest Jezus, a nie żadna praktyka – nawet sakramenty.

Z praktyki duszpasterskiej wiem, że przy okazji rozmowy o odpustach wywiązuje się dyskusja tramwajowa: handel nimi, sprzeciw Lutra. To ślepa uliczka. Żeby wytłumaczyć, czym są odpusty, trzeba zacząć od kwestii fundamentalnych.

Mamy dziś problemy z poczuciem grzeszności. Co jest grzechem, a co nie? Jakie są konsekwencje grzechu: „jeśli nikt nie widzi, to komu szkodzę?”. I ludzie noszą w sobie, nie rozumiejąc tego, konsekwencje własnych grzechów. Poza tym: jak rozumiemy zbawienie? Jaka jest relacja między sprawiedliwością i miłosierdziem? Dawny obraz srogiego Boga zastąpił dziś Bóg łatwego miłosierdzia, popadliśmy ze skrajności w skrajność, bo Bogu miłosiernemu wmawiamy, że ma psi obowiązek przebaczać człowiekowi. Miłosierdzie potaniało: skoro Bóg i tak odpuszcza grzechy, po co się trudzić? Ocieramy się o społeczne grzeszenie przeciw Duchowi Świętemu. Tymczasem grzech to straszna rzeczywistość, niszcząca relację z Bogiem i z ludźmi. Zbawienie dokonało się przez krzyż i to naprawdę było zmaganie ze śmiercią i ze złem. Dopiero, jak wytłumaczymy sobie te kilka spraw, możemy mówić o odpustach. Inaczej budujemy w powietrzu.

A w dyskusji tramwajowej dorzucę Ojcu jeszcze czyściec – bo odpust mogę ofiarować za dusze w nim cierpiące – i uwagę, że czyśćca w Biblii nie znajduję.

Dlatego dziś nie forowałbym odpustów, ale stosował pedagogikę duszpasterską: ludzie są na różnych odcinkach drogi wiary, zależnie od tego mogę mówić o odpustach, nawet zachęcać do nich – albo pracować nad fundamentami.

Ale odpusty pozwalają dobrze wejść np. w niezbyt popularną tematykę świętych obcowania. Może 1 listopada wyjaśniać katolikom, że możemy zdobyć odpust i ofiarować go za bliskiego zmarłego?

Akurat na Wszystkich Świętych ludzi jest w kościele mniej: „skoro idę na cmentarz, to po co jeszcze do kościoła?”. W praktyce często jest tak, że faktycznie podaje się wówczas wskazówki do uzyskania odpustu. Warto wtedy pokazać, że w odpustach nie zawsze człowiek sam dla siebie jest centrum, może zrobić coś w intencji zmarłych.

Ale tu rozbijamy się o aspekt ofiary i wstawiennictwa. Młodzi ludzie dziś nie mają już potrzeby zamawiania Mszy za zmarłych, wstawiania się za nimi, wypraszania im łaski – to mało kogo interesuje. Rozumienie świętych obcowania zanika. A że ktoś może cierpieć w oczekiwaniu na zbawienie? Wielu ludzi od księdza domaga się tylko potwierdzenia, że zmarły jest w niebie. Niejednemu nie przychodzi do głowy, że wieczny los jego 93-letniego dziadka wcale nie jest oczywisty.

A do skarbca możemy się dostać inaczej, niż wstukując szyfr, jakim są odpusty?

Odpusty są skonkretyzowanym sposobem korzystania z tego skarbca. Ale nie jedynym. Klasyczną drogą jest modlitwa, post i jałmużna, przy których nie trzeba myśleć, że spełnia się jakieś warunki – przez łączność z Chrystusem te czyny i tak mają wartość zbawczą.

I skarbiec nie może zostać pusty?

Nie. Wierzę, że miłość Boga jest nieskończona, moc zbawienia Chrystusa jest kosmiczna, obejmuje wszechświat. Wyobrażenie, że wyczerpiemy ten skarbiec przez przyrost demograficzny, może tylko bawić.

Mówi się, że chrześcijanin odmawiając wieczorem Ojcze Nasz, rano powinien się budzić, nie mając żalu do nikogo. Jak dziś rozumiemy odpuszczanie win – kiedy sami mamy je komuś odpuścić, i kiedy to my tego potrzebujemy, np. klękając w konfesjonale?

Ludzie skrzywdzeni czasem chcą, a nie mogą przebaczyć. Bo chcą się budzić bez pamięci o doznanej krzywdzie. To idealizm. Wysiłek przebaczenia polega na tym, że mimo emocji, mimo strachu przed kolejną raną, wybaczam i przyjmuję te konsekwencje psychologiczne. Przebaczenie nie kasuje złych emocji, bo zazwyczaj emocje nie nadążają za wolą. W związku z tym pojawiają się ludzie, którzy chcą i modlą się o przebaczenie winowajcy. Na drugim biegunie są tacy, którzy spowiadają się, że np. temu Tuskowi/Kaczyńskiemu nie przebaczę. W konfesjonale dociera do nich, że powinni kochać tych wstrętnych polityków, a nie potrafią. Są tacy, którzy wręcz złorzeczą w konfesjonale: tych drani, co mi zabrali spadek, nie powinno być na świecie, człowieka, który się ożenił z moją córką, nienawidzę. Ktoś ma poczucie bycia dobrym chrześcijaninem, praktykuje, ale zięcia nienawidzi – i nie widzi sprzeczności.

A prośba o przebaczenie? Są tacy, którzy grzeszą przeciw Duchowi Świętemu tym, że myślą, że ich grzechy są większe niż Boże miłosierdzie, że im Bóg na pewno nie wybaczy. Czasem żyją w strachu przed potępieniem. Albo spowiadają się wciąż z jednego grzechu, mimo jego odpuszczenia, bo sami sobie nie mogą wybaczyć. Kobieta, która 30 lat temu poddała dziecko aborcji, w spowiedziach wciąż do tego wraca. Na drugim krańcu są tacy, którzy przychodzą do konfesjonału np. po podpis. Ksiądz powinien być zadowolony, a Pan Bóg nie ma się co czepiać. Jak wymieniają grzech, to taki, który ktoś im podpowiedział, bo sami nic z tego nie rozumieją. Długo rozmawiałem z człowiekiem, który kogoś pobił, ale nie widział problemu, „bo mu się należało” – bez powodu, owszem, ale skoro „się należało”?

Więc nie dziwi – to kolejny ważny punkt w teologii odpustów – że mamy kłopot z wyobrażeniem sobie kary za grzechy. W konfesjonale uzyskujemy przebaczenie, ale kara nas nie omija. Możemy ją za to pomniejszyć przez odpusty. Ciężka sprawa, bo z jednej strony jest Dobry Łotr, który ma z krzyża iść prosto do nieba, ale jest też Dawid, któremu Bóg wybacza, ale jego dziecko i tak umiera.

Nie będę rzecznikiem Pana Boga, nie wiem, jak to jest z konkretnymi osobami. Łotr przyznał: cierpimy sprawiedliwą karę. Pamiętajmy, że przeszedł przez mękę krzyża, karę doczesną za to, czego się w życiu dopuścił, więc swoje przecierpiał. A kary po śmierci – zupełnie nie wiem, jak będą wyglądać, to Boża tajemnica, w którą nie wchodzę.

Moje doświadczenie jest takie, że grzech powoduje bałagan. Abstrahując od wiary: jestem z kimś w przyjaźni, kiedy tę przyjaźń zdradzę, zawinię, to przywrócenie zaufania jest dużym wysiłkiem dla jednej i drugiej strony, ta relacja wymaga pracy. Jeżeli zdradziłem, powstaje wyrwa między nami, nie da się jej tak po prostu zasypać stwierdzeniem, że sobie przebaczamy. Tu kara ma kształt pewnych konsekwencji zła, które czynimy – mówię o sensie psychologicznym. Podobnie to wygląda w perspektywie życia duchowego, bo zdradzamy Boga, który otacza nas miłością. W tym sensie tę karę niejako zaciągamy na siebie sami, bo ona musi służyć oczyszczeniu naszej relacji z Bogiem. Nie podejmuję się tego wyjaśniać, pamiętając scenę z Ewangelii: Apostołowie pytają Jezusa, czy człowiek jest niewidomy, bo zgrzeszył on sam, czy jego rodzice? A Jezus mówi: ani on, ani jego rodzice. Skutki zła, dotykają jednych bardziej, drugich mniej – to jakaś Boża ekonomia. Wycofuję się wobec pytań: za jakie grzechy ja cierpię.

I miłosierdzie to moneta, za którą chcemy kupić sobie spokój sumienia i perspektywę zbawienia?

Różnie z tym bywa. Czasem człowiek uświadamia sobie swój grzech i chce ponieść konsekwencje, chce za niego pokutować. Dziś przeważa jednak ucieczka od odpowiedzialności. To widać w mediach – człowiek po grzechu stara się „PR-owsko” usprawiedliwić: wcale nie jestem taki zły. Że wina niesie odpowiedzialność, że należne jest zadośćuczynienie – z tym jest słabo. Zabiegamy o wybielenie się, ale nie o naprawienie wyrządzonej krzywdy. Brak honorowego podejścia, żeby wziąć na siebie kwestię odkupienia winy. Jeśli tego w człowieku brak, to i po co mu miłosierdzie? Skoro nie jestem winny ja, tylko układ, salon, politycy, zła pogoda.

Wniosek nasuwa się taki, że nadszedł czas, kiedy odpusty praktykować będą osoby dojrzałe w wierze?

Nie wiem, czy czeka nas renesans odpustów. Na razie mam wrażenie, że odpusty nadal wiążą się z wizją srogiego Boga i pomysłem na zabezpieczenie przed Jego gniewem. Ale ich niepraktykowanie może wynikać z traktowania Boga jak dobrego wujka – wtedy odpusty są niepotrzebne. Myśląc o odpustach, trzeba odnaleźć całościową wizję wiary, wtedy wskoczą one na właściwe sobie miejsce.

„Nieodpowiedzialnym jest twierdzić, że za odpust zupełny idzie się bezpośrednio do nieba, a dusza jest tym samym uwolniona od czyśćca. Byłoby to prawdą dla duszy skruszonej na ziemi, i która tutaj zasłużyłaby na uwolnienie (…). Ale jedynie Bóg wie, które dusze są albo nie są uwolnione”. Podpisałby się Ojciec pod tymi słowami?

Tak.

Od takich słów zaczynał Marcin Luter.

Nieszczęście z Lutrem polega na tym, że nie został wysłuchany. Jego gniewna reakcja była słuszna w obliczu tego, jak praktykowano odpusty. Jednak problem z Lutrem polega nie na tym, od jakich słów zaczynał, ale na jakich skończył. Nie we wszystkim możemy się z nim zgodzić, np. mówił też, że Kościół nie ma prawa być tu pośrednikiem, co dla katolików nie jest prawdą. Ale w życiu nie potępiałbym Lutra.

Rozmawiał Tomasz Ponikło
Tygodnik Powszechny 32/2011