SPODZIEWAJ SIĘ, ALE ŻYJ TWÓRCZO

 

Rozczarowania i niespełnione oczekiwania

Jednym z kluczowych wyzwań w życiu są nasze oczekiwania. Po części się z nimi rodzimy, po części wynosimy je z domu, a także nabywamy je wskutek różnych braków. Pragniemy, aby Bóg wysłuchał nasze prośby, uzdrowił z choroby, uczynił życie nieco lżejszym. Dzieci oczekują, że rodzice będą razem, zapewnią im byt i wykształcenie. Mąż oczekuje, że żona będzie zawsze ładna, czuła i wyrozumiała. A żona będzie szukać w mężu źródła oparcia, siły, a może i dobrego zarobku. Od szefa w firmie oczekujemy wyższej płacy, a od państwa lepszej emerytury i tańszych świadczeń medycznych.

 

I dobrze, że chcemy, aby było więcej, lepiej, inaczej… Tyle tylko że spełnienie naszych oczekiwań nie zawsze będzie szło po naszej myśli. Nie zawsze wyjdzie tak, jak chcemy. Niby wiemy, że tak się sprawy mają, a jednak mamy z tym problem. Bo te oczekiwania bywają zbyt wygórowane, nierealistyczne bądź egoistyczne, albo realizują się w inny sposób niż sobie to zamierzyliśmy.

 

Jeśli tego nie zaakceptujemy, będziemy się frustrowali, denerwowali, wchodzili w konflikt z innymi i stracimy mnóstwo energii. Będziemy próbowali naginać rzeczywistość do naszych potrzeb i za wszelką cenę zmieniać innych. Będziemy w innych ludziach widzieć powód naszego smutku i frustracji. Dlatego rozczarowanie związane z niespełnionymi oczekiwaniami często zakłóca nasze relacje z sobą, z Bogiem, z bliźnimi. Nasze zawody, których nie chcemy zaakceptować, leżą u źródeł niejednego kryzysu małżeńskiego lub kapłańskiego, zwątpień w wierze, przeciągającego się niezadowolenia, a nawet zgorzknienia i rezygnacji.


Czego spodziewali się uczniowie?

 

Uczniowie z dzisiejszej Ewangelii wcale wielce się od nas nie różnią. Obaj nie rozpoznają Chrystusa, ponieważ za bardzo przywiązali się do własnych wyobrażeń i oczekiwań. Można bowiem kogoś widzieć, być z nim, ale Go nie rozpoznać, nie zrozumieć. Dlaczego? Ewangelista pisze, że „oczy ich były na uwięzi”, to znaczy, że uczniowie jeszcze za życia Chrystusa patrzyli na Niego przez własne okulary. Czego się spodziewali? Że Chrystus odkupi Izraela, to znaczy wybawi ich z okupacji rzymskiej, że przepędzi obcokrajowców. I znowu nastanie wolne królestwo Izraela. A tu klapa. Rzymianie przybijają rzekomego Mesjasza do krzyża. I po sprawie. Jeśli więc uczniowie decydują się na powrót do Emaus, to dlatego, że nie tylko Mistrz został ukrzyżowany, lecz także ich marzenia i oczekiwania.

 

Chrystus odkupił Izraela, ale z czegoś zupełnie innego. Z wewnętrznej niewoli. Dał uczniom o wiele więcej niż mogli sobie wymarzyć, chociaż oni tego jeszcze nie rozumieli. Nadto uczynił to w sposób dla nich zaskakujący, nie siłą i okazaniem potęgi, lecz uniżeniem i cierpieniem. Bóg, nasi bliscy, państwo, Kościół nieraz nas w czymś rozczarowują. Nie dają tego czy tamtego. Nie dają tak jak „trzeba”. I pewnie dobrze, że tak jest, abyśmy się zanadto nie rozleniwili i nie okrzepli, abyśmy zaczęli się pytać, co my możemy zrobić dla innych, a nie tylko wyciągać do nich ręce. Poza tym, nigdy nie jest tak, że w ogóle niczego od Boga i od innych nie otrzymujemy. Przeciwnie. Po prostu nie doceniamy tych darów albo tak się do nich przyzwyczailiśmy, że już ich nie dostrzegamy.

 

Kiedyś uderzyła mnie taka scena w filmie zatytułowanym „About Szmidt”. Starszy pan na emeryturze ciągle psioczył na żonę, drażniły go jej różne przypadłości, sposób mówienia, chodzenia, jej zainteresowania. W sumie same drobiazgi. Jednak kiedy żona umarła, nagle poczuł pustkę, zaczął oglądać jej ubrania, wspominać jej sposób bycia, gotowanie. Nagle ją docenił i zaczął tęsknić. Czy my często tak się nie zachowujemy?

Przemiana w drodze

 

Aby uczniowie przejrzeli i uwierzyli w zmartwychwstanie, czyli rozpoznali idącego obok nich Nieznajomego, Chrystus cofa się do przeszłości i dotyka ich serc. I mówi: „Owszem, wyście chcieli mieć zwycięskiego króla, ale gdybyście uważnie czytali proroków, gdybyście Mnie słuchali, to byście usłyszeli, że Mesjasz musiał cierpieć, aby wejść do chwały”.

 

Jezus, mówiąc do nich, zręcznie „modyfikuje” ich oczekiwania. To zabiera trochę czasu. Zawsze zdumiewa mnie w tej Ewangelii to, że ich przemiana dokonuje się dzięki prostym środkom i w drodze. Uczniom powoli otwierają się oczy, kiedy rozmawiają z Jezusem, który daje im się wypowiedzieć, słuchają Go, okazują gościnność, wyrażają sympatię, zasiadają do stołu, dzielą się chlebem. Czyż to nie są fundamentalne sprawy ważne dla każdego człowieka, każdej relacji, każdej wspólnoty, każdego małżeństwa?

 

Przez słuchanie Słowa dwaj uczniowie lepiej zrozumieli kim jest Chrystus i dlaczego stało się z Nim tak a nie inaczej. Słuchając poznawali Go na nowo i zbliżali się do Niego wewnętrznie, bo przecież zewnętrznie byli blisko. W którymś momencie musieli się zorientować, że jednak ich oczekiwania rozmijały się z rzeczywistością.

 

Myślę, że wiele małżeństw rozpada się, ponieważ ludzie nie potrafią siebie słuchać. Zakładają, że tę umiejętność wysysają z mlekiem matki. A to, niestety, nieprawda. Niepasujące charaktery to często po prostu nieumiejętność słuchania i rezygnacji z niektórych oczekiwań dla dobra drugiego. Kiedy słucham drugiego, to się na niego otwieram, mogę wtedy poznać jakim on rzeczywiście jest, a nie takim, jakim go sobie wyobrażam i tworzę we własnej głowie.

 

Kiedy więc czasem czujemy się jak uczniowie z Emaus, musimy wrócić do spraw podstawowych. Znaleźć czas na słuchanie i dialog z Bogiem, żoną, mężem, dzieckiem. Uczniowie z Emaus sądzili, że rozmawiają z nieznajomym. Dla nich to nie był Chrystus, tylko jakiś wędrowiec.

 

Zmartwychwstały Pan przychodzi do nas niewidzialnie i rozpala serca, podnosi, dodaje otuchy, wskazuje drogę, jeśli zdobywamy się na te proste gesty. Także w naszych relacjach. Ciekawe, że Chrystus był z uczniami dłużej podczas ich zwątpień, rozczarowania i zawodu niż wtedy, gdy Go rozpoznali. Dlaczego Jezus zniknął im z oczu, kiedy Go rozpoznali? Czy nie mógł sobie jeszcze z nimi pogawędzić? Najwidoczniej uczynił tak, aby uczniowie, teraz już bardziej wolni, wrócili do swoich, do wspólnoty, aby podjęli misję i przestali się użalać nad sobą.

Być zakochanym w kimś, kogo się nie widzi

 

Chrześcijaństwo to bycie zakochanym w kimś, kogo się nie widzi. Jak mąż lub żona, która nadal, a może wtedy jeszcze bardziej, kocha swojego współmałżonka, kiedy on wyjechał na dłużej. Uczniowie wracają do Jerozolimy już nie rozczarowani, ale pełni radości, wigoru i zapału. Zmartwychstanie wydarza się wówczas, kiedy już nie oczekujemy wszystkiego od innych, ale, przyjąwszy Chrystusa w Jego słowie i sakramentach, zakasujemy rękawy i bierzemy się do roboty.

 

Dariusz Piórkowski SJ

mateusz.pl