WOŁANIE Z PUSTYNI…

Potrzeba nam ciszy

Dziwię się ludziom, którzy nie potrafią się cieszyć z życia. Zastanawiam się, dlaczego ludzie boją się śmierci. Przecież jest ona tylko krótkim przejściem do piękniejszego świata, gdzie oczekuje nas Bóg.

 

Oto świadectwo jednego z mnichów kartuzkich, który podzielił się nim z widzami słynnego filmu Filipa Gröning’a pt. Wielka cisza. Film cieszy się niezwykłą popularnością, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się nudny. Nie ma w nim poza wyżej wspomnianym świadectwem ślepego mnicha ani jednego słowa. Zakon Kartuzów jest bractwem o jednej z najbardziej ścisłych reguł. Zakonu nie można zwiedzać. Panuje w nim całkowite milczenie, życie biegnie według reguł benedyktyńskich, mnisi rozmawiają z sobą jedynie w niedzielne popołudnia, mieszkają w oddzielnych celach. Gröning czekał 15 lat na pozwolenie nakręcenia filmu o życiu mnichów. I wreszcie dotarł do niego upragniony telefon, w którym otrzymał wiadomość, iż może wejść w mury klasztoru i spędzić pół roku wraz z kartuzami. Film odzwierciedla rytm zakonnego życia. Wielka cisza to zaledwie 165 minut ze 120 godzin materiału, jaki nakręcił reżyser. Miał on pełne prawo filmowania życia zakonników, a sam w czasie pobytu u Kartuzów „stał się jednym z nich”.

 

Miałem możliwość obejrzenia tego filmu. To jedna, wielka modlitwa. W ciszy natury, w codziennych modlitwach i powszednich obowiązkach mnichów można odczuć namacalnie działanie Boga, który przychodzi w lekkim powiewie do serca człowieka.


To jest właśnie wołanie z pustyni, które wzywa nas do nawrócenia, do znalezienia właściwego nam miejsca na ziemi, ofiarowanego przez Boga. Podczas projekcji filmu czułem się właśnie tak, jakby Bóg przechadzał się między widzami i tchnął w nich swojego Ducha. Wszyscy, jak zahipnotyzowani, śledzili każdy szczegół filmu.

 

Dzisiaj potrzeba nam ciszy. I nie chodzi tutaj wcale o tak zwany święty spokój. Chodzi raczej o Boży pokój, który chce gościć w sercu człowieka.

 

Bóg wciąż do nas mówi, chce być słyszalny, ale nie narzuca się. Zależy mu jednak na nas bezgranicznie. Dlatego też szuka różnych możliwości, które sprawiłyby cudowny moment spotkania z Nim. Bóg jest zakochany w swoim narodzie, w swojej Oblubienicy. Chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca (Oz 2,16). Tego chce Oblubieniec zakochany w swojej Wybrance. A Ona nie odpowiada, co więcej, nie dowierza swojemu Oblubieńcowi, wątpi w Niego i zaczyna Go podejrzewać.

 

Oblubieniec jednak nie rezygnuje

On wciąż chce pokazać wspaniałość Oblubienicy wszystkiemu, co jest pod niebem (por. Ba 5,3). A Jej tak trudno się przekonać.

 

W końcu daje to, co ma najcenniejszego – swojego Syna. A Ona – Oblubienica nie potrafi do końca odczytać Bożej Miłości.

 

Każdy z nas jest oblubieńcem, bądź oblubienicom Pana. W dzisiejszych czytaniach mszalnych ta prawda do nas dociera w sposób szczególny dzięki Janowemu wołaniu z pustyni, dzięki Pawłowemu wezwaniu do trwania w radości i starotestamentalnemu wezwaniu proroka Barucha do prawdziwej szczęśliwości w obecności Boga.

 

Wołanie z pustyni ma doprowadzić do przyjęcia chrztu nawrócenia; nam zaś, którzy już chrzest przyjęliśmy, do odnowienia jego łaski.

 

Pierwsi chrześcijanie dobrze wiedzieli, co oznacza czas przygotowania do przyjęcia sakramentu chrztu. Niestety, nasze czasy, w których również z sakramentów korzystamy, stają się bardziej utylitarystycznym wykorzystywaniem darów Bożych, aniżeli w pełni świadomym przyjmowaniem Bożego planu zbawienia w każdym sakramencie. Sakrament nie jest pustym rytem! Każdy sakrament jest pełnym sensu przechodzeniem w wierze, doświadczaniem wiary, budowaniem się w wierze. Ale my o tym zapomnieliśmy.

Dlaczego? Bo żyjemy za szybko!

 

Kościół, naszą parafię, traktujemy często jako jeden z wielu punktów usługowych, w której wszystko nam się należy – w imię zasady klient – nasz pan. Przecież tutaj nie o „sprawunki idzie”, tylko o łaskę Boga samego. Nie możemy przepędzić naszego życia, nie możemy spraw wiary traktować na zasadzie zakupów w supermarkecie. To nie ta rzeczywistość! Trzeba nam się zatrzymać! Trzeba nam się zastanowić! Trzeba uczyć się czekać! Dlatego też ten szczególny czas Adwentu jest nam dany i zadany!

 

Przede wszystkim jednak w tym czasie oczekiwania na przyjście Pana trzeba zapytać samych siebie skąd się u nas biorą tak wielkie trudności w słuchaniu? Dobre warunki do słuchania zostały w nas zakłócone, nie sprzyjają doskonałej wydajności, a przyczyna tego jest jedna: grzech, świat i Zły. Nie można nie zwracać na te zagrożenia uwagi, nie można tłumaczyć sobie, że głuchota w pewnym wieku staje się nieunikniona.

 

Pamiętajmy, że życie chrześcijanina jest nieustannym wzrastaniem ku jego pełni, ku wieczności. Z biegiem lat nasz słuch powinien się wyostrzyć, nasza zdolność słuchania powinna się zwiększyć i rozwinąć.

 

Czy kiedykolwiek myślimy o tym, że żyjemy na tym świecie, aby dojrzeć do dnia, w którym będziemy słuchać Boga w ekstazie i błogosławieństwie?

 

Czy kiedykolwiek rozważamy to, że nie zostaliśmy umieszczeni na ziemi, by, zanim osiągniemy życie wieczne, przejść przez swego rodzaju kwarantannę, lecz, że Pan dał nam życie, aby ostatni jego dzień nie był dla nas wstrząsem, ale radosnym zakończeniem?

 

Nie bądźmy obojętni w tym czasie Adwentu na modlitwę Apostoła z dzisiejszego II czytania:. ..modlę się o to, aby miłość wasza doskonaliła się coraz bardziej i bardziej w głębszym poznaniu i wszelkim wyczuciu dla oceny tego, co lepsze, abyście byli czyści i bez zarzutu na dzień Chrystusa (Flp 1,9-10).

 

ks. Michał Styczyński

mateusz.pl