CO ZABIERZEMY W PRZYSZŁOŚCI?

Francuski pisarz Georges Bernanos jest autorem refleksji: „To prawda, że moje życie jest już pełne umarłych. Ale najbardziej umarły ze wszystkich umarłych jest mały chłopiec, którym byłem. Jednak gdy nadejdzie godzina, to znów on stanie na czele mojego życia, zbierze moje nieszczęsne lata aż po ostatni rok i jak młody przywódca weteranów, prowadzący rozproszony oddział, wejdzie pierwszy do domu ojca”. Myśl ta odsłania zarazem pewną gorycz autora, wyrażającą się w utracie czegoś cennego sprzed lat, a jednocześnie jego nadzieję, wręcz pewność, że to, co utracone, powróci w chwili największej próby. Ta chwila odsyła do jakiejś nieokreślonej przyszłości. Mówi się czasem, że człowiek szczęśliwy nie zajmuje się przyszłością. Ona stanowi jednak problem, który zaskakuje nas w teraźniejszości i skłania do myślenia. Dlatego trzeba zapytać, czym jest przyszłość? Czy odłożonym w czasie powrotem tego, co już było? Czy może raczej niepewnym stawianiem kroków w krainy zupełnie nieznane?

 

Utkany z tajemniczej nadziei

 

Tożsamość człowieka jest wielką niewiadomą. Dla jednych zagadką, dla innych tajemnicą. Tak czy siak, jest ona żywą i twórczą matrycą, to znaczy elastyczną siatką, na której tka się życie ludzkie. Człowiek świadomy swojej tożsamości poszukuje nieustannie definicji własnego życia, to znaczy dookreślenia tego, co dla niego ważne. Jednocześnie jest on przekonany, że uzyskany w ten sposób świat pojęć właściwie nic nie wyjaśnia, a przynajmniej nie tłumaczy tego, co naprawdę istotne, nie dociera do głębi spraw. Właśnie dlatego człowiek ulega nadziejom, które w tajemniczy sposób odsłaniają się przed nim i obiecują więcej, niż jest on w stanie zrozumieć. Dzięki nim ożywia on to, co jeszcze do wczoraj wydawało się zastygłe na wieczność. Pokonuje to, co jawiło się niezwyciężalne. Otwiera okna, które nie istniały. Czym są owe nadzieje? Jakimiś nie do końca wyartykułowanymi pragnieniami lepszego mnie i lepszego świata. Człowiek żyje dzięki tym nadziejom. Bez nich umiera w nim coś, co sprawia, że chce jutra dla siebie i innych, to znaczy przetrwania tego, co dla niego cenne, najważniejsze.

 

Człowiek ma świadomość, że w żadnym kolejnym dniu swojego życia nie urodzi się młodszy niż dzisiaj. Wie też, że jest ograniczony i ogranicza innych, bowiem jakąś bazę jego człowieczeństwa stanowi biologia, to znaczy jednocześnie słabość i siła, przypominająca każdego dnia nieodwoływalną perspektywę umierania. Człowiek jest istotą, która umiera, ale od innych istnień wyróżnia go to, że on wie, że umiera i dlatego może nadać swojej śmierci sens. Horacy był przekonany, że „nie wszystek umrę”, ale i on umarł. Pozostało po nim jednak to, co w nim było uświęcone i nienaruszalne. Filozofka Chantal Delsol jest zdania, że „święte i godne szacunku jest jedynie to, co kryje w sobie tajemnicę”. Co to znaczy? Kto ma świadomość, że wszystko w nim umrze, faktycznie nie przetrwa. Tylko, czy taki ktoś również naprawdę żyje? Tajemnica jest nieodłączną sprawą życia człowieka. Właściwie wie on zawsze mniej, niż powinien czy chciałby wiedzieć. Ale nie tylko o to chodzi w tajemnicy. Odsłania ona bowiem, że godność ludzka nie wymaga żadnych kryteriów, że jest niedefiniowalna, a przez to nienaruszalna. Że im więcej się o niej mówi i wie, tym bardziej traci się z niej coś najcenniejszego. Godność nie zna żadnych kryteriów czy warunków i sama niczego nie warunkuje, jest bowiem bezwarunkowa. Inaczej niż w świecie definicji uznaje ona to, co tajemnicze i duchowe, czyli wewnętrzne, a nie tylko zewnętrzne. Przywołana francuska myślicielka notuje: „Godność może być nienaruszalna tylko wtedy, gdy nie jest zdefiniowana. Człowiek jest godny, ponieważ jest tajemniczy”.

 

Sobą pozostać

 

Świadomość tajemnicy sprawia, że człowiek zaczyna mieć wielkie ambicje. Z tej racji nie godzi się na utwierdzanie we własnej przeciętności i pomimo ograniczoności wyrywa ku temu, co przeczuwa jako wieczne. Jest w tej tajemnicy człowieka pewien paradoks. Wyraża się on w tym, że równocześnie czegoś oczekujemy i się tego nie spodziewamy. Dzięki niej patrzymy w przyszłość, nadajemy jej sens, a jednocześnie nie wiemy, co ona przyniesie. Zarówno przyszłość, jak i związana z nią tajemnica stanowią to wszystko, co dzisiaj chcemy ocalić, to znaczy przenieść w wieczność. Są one zatem jakimś dobrem, bo tylko dobro jest warte ocalenia i wieczności. Biblijny prorok woła: „Szukajcie dobra, a nie zła, abyście żyli” (Am 5,14). No właśnie, to, co przez nas poszukiwane, jest dla nas dobrem, może niewyraźnym, rodzącym niepewność, ale jednak dobrem, które chcemy ocalić. Oczekiwać możliwego dobra może tylko ten, kto ma nadzieję, to znaczy nie uśpił swojej wiecznej tajemnicy. W tej tajemnicy człowiek jest naprawdę sobą. Poszukując siebie, staje się sobą. Tylko tak może on siebie ocalić, to znaczy wszczepić w jakąś wieczność. Człowiek jako dobro jest wiecznością, to znaczy przyszłością, której istotę wyraża tajemnica. Dobro przez niego zrodzone jest również wieczne. Tylko ono jest wieczne. Odkrywanie własnej tajemnicy nie jest zadaniem łatwym. Człowieka rozpraszają bowiem jego potrzeby i wszelkie zgrzyty pomiędzy tym, co nosi w głowie, a tym, co jest faktycznie tu i teraz. Chcielibyśmy znać naszą tajemnicę, a jednocześnie jest w nas jakiś niepokój przed tą wiedzą. Tymczasem być sobą oznacza pogodzić się z tym, co w nas niezaspokajalne. Dobrze wyraża tę intuicję warszawski poeta ks. Mariusz Bernyś.

 

Chciałbyś podobny być duszą i ciałem

tym, co w wielkości szli wyrytą drogą,

a Ja stworzyłem cię i powołałem,

żebyś był sobą.

Ja wiem, jak bardzo w arcydziełach ducha,

które przez całe życie służą tobie,

chcesz szukać natchnień, ale Mnie posłuchaj

i szukaj w sobie.

Ja wiem, że chciałbyś już znać własną drogę

dla wyższych celów z innymi się rozstać,

a ty masz przy Mnie, bo ja jestem Bogiem,

sobą pozostać.

 

W stronę źródła

 

Są takie słowa w życiu człowieka, które mają ciężką wagę. Ich waga polega na tym, że oznaczają one więcej, niż można w nich wyrazić fonetycznie, bowiem właściwie nie da się ich wypowiedzieć. Dlatego trzeba je ważyć podczas używania. Do takich słów należy zwrot „bądź sobą!”. Używają go najczęściej ludzie młodzi, kiedy chcą wyrazić bunt wobec tych, którzy są przekonani, że wiedzą lepiej, co jest dla nich dobre. Mówią wtedy: „Chcę być sobą. Pozwól mi być sobą!”. Ale nie tylko o bunt tutaj chodzi. On sam odsłania bowiem coś głębszego, czego sam jest wyrazem. Kiedy czteroletnie dziecko odpycha rękę rodzica i mówi: „Ja sam!”, oznacza to, że w ten sposób zaczyna zdobywać własną autonomię, tworzyć własny świat. Dostrzega, że matka przestaje być dla niego wszystkim, kim był i co do tej pory miał. Samo już coś potrafi. Być może nie przychodzi mu to łatwo, ale chce siebie wypróbować, sprawdzić. Bycie sobą jest właśnie takim ciągłym sprawdzaniem siebie, to znaczy przyglądaniem się sobie samemu jakby z pewnego dystansu. To poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które stawia nam życie: „Czy dam radę?”, „Czy nie okłamuję siebie?”, „Czy wiem, na co mnie stać?”. Bycie sobą stanowi z tej racji dla człowieka największe i najtrudniejsze wyzwanie. Dlatego często woli on być bardziej taki, jak interpretują go inni czy jak chciałby, żeby oni go widzieli. Zresztą w tych relacjach z innymi kryje się również pewien paradoks. Przez nich uciekamy bowiem od siebie, to znaczy udajemy kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy, aby móc być z nimi. Jednocześnie właśnie dzięki nim stajemy się tacy, jacy jesteśmy w najgłębszych pragnieniach. Więzi, które tworzymy z innymi ludźmi, zobowiązują nas. Poprzez nie człowiek staje się odpowiedzialny, to znaczy szuka odpowiedzi na jakąś zaistniałą między nim a kimś innym sytuację. Być odpowiedzialnym oznacza bowiem być zależnym od innych. Odpowiedz-ialność dotyczy tego, przed kim i za co człowiek odpowiada.

 

To nie ślepy los czyni z człowieka o-sobę. Ją kształtują codzienne wybory, to znaczy świadomość obowiązku ponoszenia rozmaitych kosztów. Delsol jest przekonana, że „nazwać człowieka osobą, to obciążyć go niespłacalnym długiem”. Czym jest ten dług? Na czym on polega? Ano właśnie przede wszystkim na poszukiwaniu własnej tajemnicy. Człowiek jej nie przewidzi, bowiem wówczas szybko zastygłby w pewności, pozostając daleko od tego, czego szukał. Nie potrafi jej również do końca i precyzyjnie zaplanować. Wprawdzie jego pozorna mądrość każe mu wszystko przewidzieć, to znaczy odkryć wszelkie możliwe wyjścia awaryjne i zabezpieczyć ekwipunek na drogę, wszystko ma być bowiem racjonalnie obmyślane i zaprogramowane, począwszy od projektu własnego przyjęcia weselnego, aż po wykup odpowiedniego miejsca na cmentarzu, to jednak w tym, co w człowieku osobowe, jest on jakiś nieprzewidywalny. To, co dla niego najcenniejsze, pojawia się przed nim znienacka, to znaczy nic sobie nie robi z kalkulacji czy harmonogramów. Mało tego, jest ono zawsze w jakiejś mierze niewidoczne dla oczu i niesłyszalne dla słuchu. W tym tkwi właśnie urok tajemnicy człowieka, że żyje on tak naprawdę dla tego, czego nie widzi i nie słyszy. I znów kolejny paradoks polega na tym, że jednocześnie to ma i tego nie posiada. Że odda za to wszystko, chociaż nie za bardzo ma, co oddać. W pytaniu o przyszłość człowieka nie chodzi tak naprawdę o to, co go czeka jutro. Dużo bardziej idzie o to, co on wniesie w przyszłość z własnej teraźniejszości. Innymi słowy, czy istnieje w nim jakieś niewyczerpalne źródło, które świadomie użyźniać będzie także jego wieczność.

 

ks. Przemysław Bukowski SCJ

Czas Serca 155