Słowa są wszędzie

Przysłowie mówi, że "mowa jest srebrem, a milczenie złotem". Słowa są podstawowymi narzędziami, których używamy, by się porozumiewać. Mowa i słowa odróżniają nas od innych istot żywych. Są czymś niezwykle cennym.

Kiedyś przeprowadzono tzw. eksperyment deprywacyjny (deprywacja - stan wywołany brakiem możliwości zaspokojenia istotnej potrzeby) na zlecenie cesarza Fryderyka II Hohenstaufa. Eksperyment miał za zadanie odkrycie pierwotnego, biologicznego i naturalnego języka człowieka. Wybrano grupę dzieci, które karmiono, pojono i zaspokajano wszelkie podstawowe potrzeby fizjologiczne, ale równocześnie pozbawiono je werbalnego kontaktu z drugim człowiekiem. Nie odzywano się do nich w nadziei, że wykształci się w nich albo w sposób naturalny język ich rodziców, albo inny podstawowy język ludzki. Fryderyk II był ciekaw, czy językiem pierwotnym okaże się język hebrajski, starogrecki, łaciński czy arabski. Eksperyment zakończył się śmiercią dzieci.

Słowa są potrzebne

Potrzebujemy kontaktu z drugim człowiekiem. Potrzebujemy rozmowy. To w odpowiedzi na tę wewnętrzną potrzebę rozmowy tak wielu ludzi korzysta dziś z pomocy psychologów czy psychoterapeutów. Czasami wystarczy, że ktoś nas wysłucha. Czasami słowa wdzięczności wyrażone przez drugą osobą potrafią podnieść na duchu, a dobry dowcip rozbawić do łez. Potrzebujemy słów. Bez wątpliwości. Bez nich nie byłoby przecież tego tekstu - nie byłoby "Drogi".

Bóg powiedział

Bóg również komunikuje się z człowiekiem za pomocą słów. "Na początku było Słowo" (por. J 1,1). I Bóg stał się Słowem. Narodził się jako Słowo odwieczne Ojca. I Bóg nauczał przez Słowo. W kulturze żydowskiej słowo, które wypowiada Bóg, ma niezwykłą moc. Z tym słowem nikt nie dyskutuje. Jeśli Bóg mówi, że stała się światłość, to tak jest i nikt nie musi tego sprawdzać. Wszystkie wydarzenia, w których Żydzi dostrzegali obecność i działanie Boga, były starannie zapisywane i przekazywane następnym pokoleniom.

Jest takie opowiadanie o małej żydowskiej dziewczynce, która trafiła na lekcję religii katolickiej. Akurat odbywała się katecheza o Dekalogu. Ksiądz katecheta mozolnie starał się wytłumaczyć dzieciom, dlaczego mają przestrzegać poszczególnych przykazań. W którymś momencie żydowska dziewczynka nie wytrzymała i podniosła rękę, pytając: "Po co to całe tłumaczenie? Skoro Bóg powiedział "nie zabijaj" to znaczy, że masz nie zabijać i tyle. Jeśli Bóg powiedział: "czcij ojca i matkę", to nie możesz działać inaczej". Słowo Boga jest święte.

Przesyt słów

Świat, w którym żyjemy i współczesna kultura zmniejszyły wartość słowa mówionego. Dziś każde słowo trzeba sprawdzać, badać, czy aby na pewno kryje się za nim prawda. Słowa są wszędzie. Mowa przestaje być nawet srebrem. Mamy przesyt informacji, wydarzeń, które się komentuje na szeroką skalę, opinii itd. Mówimy i słuchamy bardzo dużo. Ludzie ze słuchawkami na uszach chcą uciec przed słowami, a zamykają się w kolejnym hałasie. Przesyt słów, dźwięków i bodźców, jakimi karmi nas świat sprawia, że tracimy kontakt z Bogiem i z samym sobą. Nie potrafimy usłyszeć głosu ani Boga, ani własnego. Przeraża mnie widok ludzi w autobusach czy tramwajach zamkniętych w świecie muzyki z słuchawek, ślepo wpatrzonych "gdzieś", unikających kontaktu z drugim, by przypadkiem czegoś nie chciał.

Cichy dotyk serca

Potrzebujemy ciszy. Bardzo. Wszyscy. Ciszy, w której możemy spotkać przede wszystkim Boga. Bo choć Bóg przemawia do nas przez Słowo, to musimy pamiętać, że mówi w ciszy. Przypomina się historia proroka Eliasza, który rozpoznał Boga w łagodnym powiewie wiatru. Nie w wichurze czy huraganie, ale delikatnym powiewie. Do ciebie Bóg również chce mówić w ciszy, chce delikatnie dotykać twojego serca.

"Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie" (Mt 6,7). Modlitwa również może być przegadana. Wystarczy trwać w ciszy. Z Bogiem nie musisz nic załatwiać. On nie jest klientem biznesowym, którego trzeba zachęcić do nowego produktu. Bardzo lubię młodzieżową piosenkę, śpiewaną czasami w czasie adoracji: "Wystarczy byś był, nic więcej. Tylko byś był, nic więcej". Uwierz, że to wystarczy. Wystarczy być z Bogiem na modlitwie.

Usłyszeć siebie

Cisza jest również potrzebna, by usłyszeć samego siebie. Swój wewnętrzny głos. Gdy chcemy radzić sobie z własnymi problemami, trudnościami - nie uciekajmy w hałas. Wewnętrznego głosu nie wolno zagłuszać. On może ci wiele powiedzieć. Wymaga odwagi, by stanąć twarzą w twarz z własnymi trudnościami, niedoskonałościami.

Spróbuj znaleźć przynajmniej pięć minut dziennie, by posiedzieć w ciszy. Z Bogiem i z sobą. Nie uciekaj do ulubionej muzyki, Facebooka czy rozmowy. Posiedź wygodnie w ciszy. Niech obecność Boga zupełnie ci wystarczy. Nie chciej nic więcej. Nawet nie oczekuj, że On coś będzie robił, działał, zmieniał. Wystarczy, by był. Nic więcej.

SZUKAM CISZY

Szukam ciszy pośród zgiełku
szukam metr po metrze
nie znajdę jej w mieście
to przecież pewne

poszłam w pole
wiatr łany kołysał -
przyjemnie...
nadal szukałam ciszy
nadaremnie

w lesie
królestwo braci mniejszych
swój żywot wiedzie
nie ma ciszy i w lesie

nad rzeką - plusk wody
(choć ryby nie mają głosu)
cisza nad wodą nie gości -
dalej poszłam...

przystanęłam -
szukałam jej w sobie
a tam taki zamęt
że potrzebny remanent
gruntowny!

nogi same goniły
do pobliskiej świątyni -
tam cisza rosła
w Boga tchnieniu

może przywędrowała
z przydrożnym kamieniem
co go wmurowano
jako ten węgielny?

Jadwiga Zgliszewska

A czy to grzech? Rozproszenia

Często bywa, że w trakcie osobistej modlitwy czy udziału w Eucharystii miewamy rozproszenia. Nie potrafimy skupić się na tym, czym się akurat zajmujemy. Do głowy przychodzą rozmaite myśli. Często związane z codziennymi obowiązkami; tym, czym się już zajmowaliśmy lub będziemy się zajmować w niedalekiej przyszłości. Bywa, że nie potrafimy poradzić sobie z tymi myślami. Po pierwsze: warto uczyć się nie wchodzić w nie. Dobrym wyobrażeniem jest rzeka. Możesz stać obok i widzieć, jak płynie, ale nie musisz do niej wchodzić. Tak samo jest z myślami w czasie modlitwy czy Eucharystii. Wszelka próba walki z nimi może się skończyć tym, że bardziej się pochlapiesz. Pozwól im przepłynąć.

Druga rzecz to kwestia zaufania. Niejednokrotnie tak kurczowo trzymamy się wszelkich spraw i obowiązków, że nawet na czas modlitwy czy Eucharystii nie potrafimy ich wypuścić z rąk. Uwierz, świat się nie zawali, jeśli przez czas twojej modlitwy nie będziesz się nimi zajmować. Zaufaj Bogu.

ks. Kamil Gołuszka
Droga 10/2017

Cel życia

Od-człowieczenie człowieka

Nie ulega wątpliwości, że człowiek może uznać swoje życie za bezcelowe. Czy miał rację Dostojewski, że otwiera to drogę do odczłowieczenia człowieka? W każdym razie warto przypomnieć tę przejmującą scenę z noweli pt. "Sen śmiesznego człowieka", której bohater wybiera się popełnić samobójstwo z tego jednego jedynego powodu, że doszedł do przekonania o kompletnej bezsensowności i bezcelowości swojego życia. Drogę zabiegła mu mała dziewczynka, cała w panice, natarczywie błagająca go o pomoc, bo coś złego dzieje się z jej matką. Ten dzikim wrzaskiem odpędził dziewczynkę. Przecież wkrótce nie byłoby już kogo prosić o pomoc – przekonuje sam siebie, że postąpił słusznie – bo idę przecież stać się zerem, zerem absolutnym. "Przecież właśnie dlatego zatupałem i wrzasnąłem nieludzko na nieszczęsne dziecko, że, widzicie, nie tylko nie czuję litości, ale choćbym nawet popełnił najhaniebniejszy uczynek, to teraz mi wolno, bo za dwie godziny wszystko ustanie".

Zdaniem Dostojewskiego, kto uznaje swoje życie za bezcelowe, konsekwentnie całą rzeczywistość będzie uważał za jakby iluzoryczną i będzie się czuł upoważniony nadawać jej, niby plastelinie, dowolne własne sensy. "Wydawało mi się jasne – snuje swoje myśli ów nieszczęśnik – że życie i świat teraz jakby ode mnie zależą. Można powiedzieć nawet tak, że świat jakby teraz dla mnie samego istnieje: wystarczy bym się zastrzelił, a świata nie będzie, przynajmniej dla mnie". Moralny solipsyzm wydaje się portem, ku któremu nieuchronnie zmierza zwątpienie w to, że życie człowieka może mieć jakiś absolutny cel.

Zwątpienie w cel

Popularnymi postaciami tego zwątpienia są hedonizm i utylitaryzm. Hedonizm – w tej przynajmniej wersji, w jakiej demaskuje go prorok Izajasz – bierze się z tego, że człowiek rozpoznaje siebie samego jedynie jako ciąg ulotnych wrażeń, zatem dąży do tego, żeby przynajmniej były to wrażenia miłe i przyjemne. Skoro bowiem życie jest ewidentnie bezcelowe, wyznaczmy sobie przynajmniej jakąś namiastkę celu: "Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy" (Iz 22,13; 1 Kor 15,32).

Postawą psychologicznie zupełnie odmienną jest utylitaryzm. Ludzi realizujących tę postawę cechuje zazwyczaj wysokie poczucie celowości życia. Pomyłka utylitaryzmu polega na wzięciu środków za cel ostateczny. Zamienili swą Chwałę na wizerunek złotego cielca (Ps 106,20) – to chyba sama istota tej postawy. Krótkofalowo, postawa ta może wydać się nader pozytywna, dynamizuje bowiem ludzi do celowego działania, do przekraczania stagnacji, charakterystyczne zaś dla tej postawy pragnienie sukcesu owocuje nieraz dobrymi skutkami społecznymi, nie tylko osobistą satysfakcją tego, kto sukces osiągnął.

Jaka jest konsekwencja utylitarystycznej pomyłki? Jakie skutki wynikają z umieszczenia celu ostatecznego w horyzoncie doczesnym człowieka? Po pierwsze, człowiek nieuchronnie zaczyna wówczas sam siebie traktować jako system produkcyjno-konsumpcyjny. Do tego stopnia, że nawet kulturę traktuje się wówczas jako produkowanie i konsumowanie dóbr duchowych. Co więcej, w optyce produkcji oraz sukcesu widzi się nawet wartości moralne. Dobroć moralną sprowadza się wówczas do czynienia (jakby produkowania) dobra, nie dostrzegając znaczenia dobroci samego podmiotu działań moralnych; moralność utylitarystów cechuje daltonizm na wartość tych postaw moralnych, które nie rokują sukcesu, oraz lekceważenie tych działań moralnych, które do sukcesu nie doprowadziły. W społeczeństwach, w których króluje utylitaryzm, ginie więc, bo musi ginąć, zrozumienie dla cnoty i kształtowania charakteru, zrozumienie dla moralnej doniosłości mądrego znoszenia zła (tego, co chrześcijanie tradycyjnie nazywają niesieniem krzyża), szerzy się natomiast przeświadczenie, że wartość życia człowieka mierzy się wielkością jego osiągnięć oraz że są jakoby sytuacje, kiedy życie człowieka nie ma już żadnego sensu.

Zagubienia poczucia ludzkiej godności

Niezrozumienie własnego człowieczeństwa prowadzi – nieuchronnie – do zagubienia poczucia samej ludzkiej godności. Pojawia się w nas wówczas gotowość do instrumentalnego posługiwania się drugim człowiekiem, a nawet zgoda na to, żeby ktoś mnie używał za narzędzie i środek do swoich celów. Dodajmy nawiasem, że w zjawiskach tych Katechizm Kościoła Katolickiego dostrzega jedno z istotnych źródeł tworzenia się niesprawiedliwych struktur społecznych: "Zamiana środków i celów, która prowadzi do nadania wartości celu ostatecznego temu, co jest jedynie środkiem do jego osiągnięcia, lub do traktowania osób jako zwykłych środków ze względu na jakiś cel, rodzi niesprawiedliwe struktury..." (nr 1887).

Dostojewski potrafił w sposób przejmujący odsłonić faktyczną bezcelowość wszelkich postaci życia ludzkiego, jeśli je zamkniemy wyłącznie w granicach śmierci. Samo nawet doświadczenie śmierci – jak zauważa autor encykliki "Evangelium vitae", 7 – "rzuca cień absurdu na całą egzystencję człowieka". Otóż życie ludzkie staje się dosłownie absurdalne, jeśli zanegujemy jego transcendencję wobec śmierci. Od ostatecznej absurdalności nie uchroni go nawet – dostępne przecież tylko bardzo nielicznym ludziom – dążenie i rzeczywiste uzyskanie nagrody Nobla czy inne najwyższe osiągnięcia. Niepokój zaś Dostojewskiego, że zamknięcie się człowieka w granicach śmierci musi prowadzić do dehumanizacji, na pewno zasługuje na coś więcej niż niecierpliwe wzruszenie ramion.

Warto jeszcze zauważyć, iż żaden człowiek nie potrafi swego życia uczynić idealnie bezcelowym. Żadne stworzenie, sam nawet diabeł, nie potrafi zatrzeć do końca swojej stworzoności. Tak jak odejście od Boga zawsze związane jest ze zwróceniem się ku jakimś bogom fałszywym, tak jak zło czynimy jako rozpoznaną przez nas postać dobra, podobnie nie da się porzucić celu ostatecznego, nie kierując się ostatecznie ku jakiemuś innemu celowi, choćby to miało być coś ewidentnie bezsensownego.

Potrafimy jednak, niestety – i o tym od samego początku teraz mówimy – w ogóle nie przejmować się naszym celem ostatecznym. Bierze się to z naszego zapomnienia o Bogu. Człowiek – jak to trafnie formułuje KDK 13 – "wzbraniając się często uznawać Boga za swój początek, burzy należyty stosunek do swego celu ostatecznego, a także całe swoje uporządkowane nastawienie czy to w stosunku do siebie samego, czy do innych ludzi i wszystkich rzeczy stworzonych". Jak widzimy, na temat dehumanizacji wszystkiego co ludzkie, kiedy zgubimy ostateczny cel naszego życia, soborowa konstytucja mówi mniej więcej to samo, co tak wstrząsająco pokazał Dostojewski.

Dwa pytania

W nauce wiary tradycyjnie wskazuje się na ścisły związek między naszym stosunkiem do Boga jako Początku wszystkiego a naszym ukierunkowaniem na ostateczny cel naszego życia. "Dwa pytania: pytanie o początek i pytanie o cel są nierozdzielne. Obydwa decydują o sensie i o ukierunkowaniu naszego życia i naszego działania" (KKK 282). Zazwyczaj kryzys celu życia bierze się z zapomnienia o Bogu. Trudno sobie nawet wyobrazić, żeby ktoś nie znający Boga prawdziwego, transcendentnego wobec wszystkiego co stworzone, mógł się domyślać transcendentnego wobec doczesności celu naszego życia.

W encyklice "Evangelium vitae" spostrzeżenie to pojawia się w formie komentarza do znanej formuły soborowej (KDK 36), że "stworzenie bez Stwórcy marnieje": Człowiek nie znający Boga "nie potrafi już postrzegać samego siebie jako kogoś przedziwnie odmiennego od innych ziemskich stworzeń; uznaje, że jest tylko jedną z wielu istot żyjących, organizmem, który – w najlepszym razie – osiągnął bardzo wysoki stopień rozwoju"(nr 22). I to jest logiczne: Jeśli zapomni się o Bogu, transcendentnym Stwórcy świata, zaczyna się widzieć świat jako odwieczną i bezcelową grę materii, i nie ma żadnych przesłanek po temu, ażeby życie ludzkie mogło mieć w takim świecie jakiś cel ostateczny.

Konsekwencje decyzji, ażeby żyć tak jakby Boga nie było, idą jednak nieubłaganie dalej: nie tylko niknie wówczas z naszego horyzontu cel naszego życia, ale trudny do uzasadnienia staje się jakikolwiek jego sens. "Nie można wykreślić rzeczywistości Boga – zauważa Walter Kasper – i oczekiwać, że wszystko inne pozostanie dalej po staremu. Słowo w historii ludzkości rozumiane jest jako ostateczny fundament i ostateczny cel człowieka i jego świata. Jeśli Bóg wypada, wówczas świat popada w bezcelowość i pozostaje bez fundamentu, wtedy istnieje niebezpieczeństwo, że wszystko stanie się bezsensem. Bowiem coś posiada sens jedynie wówczas, kiedy odnajduje się w większym, sensownym z siebie samego kontekście. Wraz u utratą sensu całości, wraz ze zgubieniem wszystko określającej, podtrzymującej, wszystkim zawiadującej rzeczywistości Boga w ostateczności także część staje się bezsensowna".

Oczekiwanie, że w świecie bez Boga da się zachować na dłużej wiarę w sens życia oraz elementarną chociażby moralność stosunków między ludźmi, Włodzimierz Sołowjow porównuje do wiary dziuromodlców w skuteczność swojej modlitwy. Porównanie Sołowjowa przytoczę tu za Czesławem Miłoszem. Otóż podstawowy kult sekty dziuromodlców polegał na tym, że "chłopi wiercili dziurę w ścianie chaty i modlili się do niej: . Ale podobni, według Sołowjowa, do tych sektantów byli wykształceni, których nauka szerzyła się wśród inteligencji. Ich nawoływania do powszechnej dobroci, sprawiedliwości i braterstwa oznaczały przyjęcie etycznych wskazań chrześcijaństwa, z odrzuceniem jego metafizycznej podstawy, czyli nie były niczym innym niż modleniem się do dziury, do pustki".

Żródła współczesnej nonszalancji

Tutaj właśnie leżą podstawowe źródła współczesnej nonszalancji wobec życia ludzkiego. Człowiek – żeby przypomnieć wypowiedź na ten temat Jana Pawła II – "nie traktuje już życia jako wspaniałego daru Bożego, który został powierzony jego odpowiedzialności, aby on strzegł go z miłością i jako rzeczywistość <świętą>. Życie staje się dla niego po prostu , którą on uważa za swą wyłączną własność, poddającą się bez reszty jego panowaniu i wszelkim manipulacjom" (Evangelium vitae, 22).

W jakimś sensie nie należy się dziwić temu naszemu zagubieniu. Zawinione oddalenie od Boga jest częścią naszego ludzkiego losu na tej ziemi. Przyszliśmy na ten świat już jako oddaleni do Boga i to z powodu tego oddalenia jesteśmy poddani śmierci, która – że jeszcze raz przywołam to sformułowanie z "Evangelium vitae" – "rzuca cień absurdu na całą egzystencję człowieka".

Dopiero ci, którym doskwiera absurdalność naszego zagubienia w horyzoncie śmierci i ostatecznej bezcelowości życia, mogą docenić i naprawdę uradować się "pojawieniem się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię" (2 Tm 2,10). Właśnie z tej perspektywy, z perspektywy kogoś beznadziejnie uwikłanego we własną grzeszność i śmiertelność, radował się darem zbawienia Apostoł Paweł: "Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z tego ciała, tak naznaczonego śmiercią? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa Pana naszego!" (Rz 7,24).

Wiara w życie wieczne

Gdzieś w tym miejscu leży różnica między wiarą w życie wieczne a mitologicznym uznawaniem wierzeń chrześcijańskich na temat życia wiecznego. Wiara w życie wieczne jest przechodzeniem już teraz, dzięki Chrystusowi Panu i uczestnictwu w Jego zmartwychwstaniu, ze śmierci do życia: "Kto słucha mego słowa i wierzy w Tego, który Mnie posłał (...) ze śmierci przeszedł do życia" (J 5,24). Rzecz jasna, "słuchać słowa Chrystusa" to znaczy słuchać całym sobą, wydając owoce w postaci czynów miłości: "My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłujemy braci" (1 J 3,14).

Zatem wiara w życie wieczne jest to rzeczywiste ukierunkowanie ku ostatecznemu celowi życia, natomiast czerpanie z chrześcijaństwa swoich mitologicznych przeświadczeń w żaden sposób do życia wiecznego jako do celu ostatecznego człowieka nie zwraca. Może to jeszcze warto uściślić, że nawet nieszczęście grzechu śmiertelnego nie niszczy w człowieku wierzącym wiary do końca, nie niszczy również do końca naszego ukierunkowania ku życiu wiecznemu, jednak czyni je bezskutecznym.

Tylko dla porządku przypomnę, że wiara w życie wieczne – a więc rzeczywiste ukierunkowanie na ostateczny cel naszego życia – dla nas, urodzonych w grzechu pierworodnym, możliwa jest dlatego, że "począwszy od Abrahama, Boże błogosławieństwo przenika historię ludzi, która zmierzała ku śmierci, by skierować ją do życia, do jego źródła" (KKK 1080). Owo błogosławieństwo Boże nad pogrążoną w grzechu ludzkością osiągnęło swój szczyt w przyjściu do nas Tego, który jest "Drogą i Prawdą i Życiem" (J 14,6), a który sam o sobie powiedział: "Ja jestem Zmartwychwstanie i Życie; kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie" (J 11,25).

Miarą naszego gruntownego pogrążenia w śmierci i bezsensie okazało się to, że odważyliśmy się wówczas "zabić Dawcę życia" (Dz 3,15). Zatem grzech i śmierć, jakie w sobie nosimy, nie są w nas zwyczajnym brakiem życia ukierunkowanego na życie wieczne; nosimy w sobie jakiś realny bunt przeciwko Bogu, są w nas jakieś ciemne energie skierowane przeciwko życiu, zwłaszcza przeciwko temu życiu, które jest transcendentne wobec śmierci.

To właśnie dlatego nasza droga do życia wiecznego domaga się uśmiercania w sobie tych sił śmiercionośnych: "Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele" (2 Kor 4,10). Ku temu właśnie zadaniu skierowana jest łaska chrztu: "Przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Chrystusem pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie" (Rz 6,4). A dzieje się to wszystko mocą Tego, który może o sobie powiedzieć: "Byłem umarły, a oto jestem Żyjący na wieki wieków" (Ap 1,18).

Ostateczny cel życia człowieka

W tym miejscu wolno mi wreszcie mówić bezpośrednio o ostatecznym celu życia człowieka. Posłużę się dwoma sformułowaniami katechizmowymi: "Celem ostatecznym całej ekonomii Bożej jest wejście stworzeń do doskonałej jedności Trójcy Świętej" (KKK 260). W tym sformułowaniu podkreślono przede wszystkim niepojęte wywyższenie stworzeń, wezwanie nas – aż strach o tym mówić – do doskonałej wspólnoty z Ojcem i Synem i Duchem Świętym. Sformułowanie drugie bardziej akcentuje to, że Bóg prawdziwy nie jest istotą pozaświatową, jak sobie może nieraz wyobrażamy, oraz że Jego chwała będzie źródłem naszego szczęścia: "Celem ostatecznym stworzenia jest to, by Bóg, będący Stwórcą wszystkiego, stał się ostatecznie wszystkim we wszystkim, zapewniając równocześnie i własną chwałę i nasze szczęście" (KKK 294).

To właśnie w tym niepojętym wywyższeniu człowieka leży ostateczne źródło naszej godności. "Człowiek jest jedynym stworzeniem na tej ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego" (KDK 24). Tutaj również znajduje się ostateczne uzasadnienie świętości życia ludzkiego i jego nietykalności: "Życie ludzkie jest święte, ponieważ od samego początku domaga się stwórczego działania Boga i pozostaje na zawsze w specjalnym odniesieniu do Stwórcy, jedynego swego celu. Sam Bóg jest Panem życia, od jego początku aż do końca. Nikt, w żadnej sytuacji, nie może rościć sobie prawa do bezpośredniego niszczenia niewinnej istoty ludzkiej" (Donum vitae, Wstęp, 5).

Świętość i nietykalność życia ludzkiego

Tradycja oświeceniowa, nieraz wroga Kościołowi i chrześcijaństwu, w zasadzie dzieliła z chrześcijaństwem przekonanie zarówno o godności i podmiotowości każdego człowieka, jak o świętości i nietykalności życia ludzkiego. Wprawdzie odzywały się wewnątrz tej tradycji pojedyncze głosy, domagające się prawa do zabijania – w określonych przypadkach – czy to poczętych dzieci, czy to ludzi głęboko upośledzonych umysłowo, czy to chorych w stanach terminalnych. Jednak dopiero od lat siedemdziesiątych naszego stulecia tendencje te do tego stopnia zdominowały tę postchrześcijańską tradycję, że w kolejnych państwach zaczęto ogłaszać prawa uderzające bezpośrednio w zasadę świętości i nietykalności życia ludzkiego.

Można się domyślać, że olbrzymia większość zwolenników – a może i promotorów – tych praw nie zauważa tego, że są one skierowane nie tylko przeciwko poczętym dzieciom czy innym grupom ludzi najsłabszych, ale również przeciw samemu człowieczeństwu nas wszystkich. Samo istnienie tych praw relatywizuje bowiem sens naszego człowieczeństwa i naszej ludzkiej godności. Jest zarazem smutnym potwierdzeniem prawdy, że "tracąc wrażliwość na Boga, traci się także wrażliwość na człowieka" (Evangelium vitae, 21).

Na szczęście nie jest tak, by dopiero trzeba było być chrześcijaninem i u samego Chrystusa nauczyć się prawdy o ostatecznym celu życia, ażeby rozpoznać świętość i nietykalność życia ludzkiego. Wie o tym każde prawe i nie wypaczone sumienie. Jednak, rzecz jasna, znajomość tej prawdy o człowieku, jaką przyniósł nam Jezus Chrystus, stawia nas w sytuacji uprzywilejowanej. Wynika stąd między innymi to, że wprawdzie każdy człowiek ma obowiązek stawać w obronie każdego niewinnie zagrożonego życia ludzkiego, jednak wydaje się, że my, chrześcijanie, jesteśmy do tego zobowiązani w sposób szczególnie przymuszający.

Jacek Salij OP
mateusz.pl

Głęboki sens

Ogłoszenia parafialne

NIEDZIELA – 21.05.2017 – VI NIEDZIELA WIELKANOCNA

08:00     Za + Stanisława Grubiak w 4. rocznicę śmierci

10:30     Za + męża i ojca Dariusza Wypychowskiego w dniu Jego urodzin

14:00     NABOŻEŃSTWO MAJOWE

PONIEDZIAŁEK – 22.05.2017 – dzień powszedni

18:00     NABOŻEŃSTWO MAJOWE i MSZA ŚW.: Dziękczynno błagalna z prośbą o Boże błogosławieństwo w rodzinie Anny i Wacława Kowalskich oraz o potrzebne łaski dla Julii i Leny

19:00     Dziękczynno błagalna z prośbą o potrzebne łaski dla Łukasza Jarmolonka z okazji 30. rocznicy urodzin

WTOREK – 23.05.2017 – dzień powszedni

18:00     PROCESJA BŁAGALNA DO KRZYŻA (do krzyża na posesji P. Studnickich) i Msza św.: 1. Za ++ rodziców Annę i Józefa Płonka w rocznicę śmierci 2. W int. Rolników z naszej Parafii o szczęśliwe zbiory i zachowanie od nieszczęść i klęsk żywiołowych

19:30      Dziękczynno błagalna z prośbą o potrzebne łaski dla Jacka Szul z okazji 18. rocznicy urodzin

ŚRODA – 24.05.2017 – NMP, Wspomożycielki WIernych

18:00     PROCESJA BŁAGALNA DO KRZYŻA (do krzyża misyjnego przy kościele) i Msza św.: 1. Za ++ ojców Mieczysława Kmiecik i Józefa Kalińskiego oraz ++ z rodziny 2. W int. Rolników z naszej Parafii o szczęśliwe zbiory i zachowanie od nieszczęść i klęsk żywiołowych

CZWARTEK – 25.05.2017 – dzień powszedni

18:00     NABOŻEŃSTWO MAJOWE i MSZA ŚW.: Za + ojca Czesława Michulec

PIĄTEK – 26.05.2017 – Św. Filipa Nereusza, prezbitera

17:00     Indywidualna adoracja Najświętszego Sakramentu oraz okazja do sakramentu pokuty

18:00     NABOŻEŃSTWO MAJOWE i MSZA ŚW.: Dziękczynno błagalna z prośbą o potrzebne łaski dla Moniki Wiercińskiej z okazji urodzin. Po Mszy św. spotkanie z kandydatami przygotowującymi się do sakramentu bierzmowania z klas I i II

SOBOTA – 27.05.2017 – dzień powszedni

08:00     Za ++ rodziców Anielę i Jana Kubasiak oraz + Jana Ciastoń

NIEDZIELA – 28.05.2017 – WNIEBOWSTĄPIENIE PAŃSKIE

08:00     Za + syna Sylwestra Drużyńskiego oraz ++ Danutę Dżugała, Zdzisława i Tomasza Jankowicz

10:30     Za + siostrę Krystynę w 10. rocznicę śmierci oraz + mamę Józefę Połomską

14:00     NABOŻEŃSTWO MAJOWE

 

  1. Świętujemy dziś VI Niedzielę Wielkanocną.
  2. We wtorek i środę przypadają w Kościele Dni modlitw o urodzaje, tzw. Dni Krzyżowe. Odprawimy procesje błagalne do krzyży na terenie naszej Parafii prosząc Boga o dobre urodzaje i błogosławieństwo Boże w pracy na roli.
  3. Do sakramentu pokuty zapraszam od poniedziałku do soboty, 30 minut przed rozpoczęciem Mszy św.  
  4. W dalszym ciągu zapraszam na nabożeństwa majowe. W tym tygodniu było nas zdecydowanie mniej.
  5. Za tydzień kolejna wpłata na remonty i inwestycje w Parafii.
  6. W zakrystii można nabyć Gościa Niedzielnego. Polecam przeczytać artykuł, co mają robić katolicy w świecie, który jak nigdy dotąd odrzuca Boga? Dla dzieci Mały Gość Niedzielny, a w nim magnes na dobre wiadomości dziecka dla Mamy.  
  7. Do sprzątania kościoła zapraszam rodziny od n-ru 93 – P. Jarmolonek do n-ru 100 – P. Żelesławski. Dziękuję rodzinom: Pruchnicki, Huziuk, Kotlarz i Grabowiecki za posprzątanie świątyni oraz dekorację.